Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 960 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
"Powstanie Warszawskie stanowi jedną z najbardziej tragicznych, lecz zarazem pięknych kart w historii Narodu Polskiego. To walka wyjątkowa w dziejach polskich i w historii wojen. Daje ona świadectwo bezgranicznego bohaterstwa, bezprzykładnego poświęcenia i to nie tylko jednostek, lecz całej zbiorowości. Podziw i szacunek wzbudzają słabo uzbrojeni powstańcy, stawiający czoło potężnemu przeciwnikowi, wyposażonemu w najnowocześniejsze środki walki. Imponuje postawa ludności cywilnej.Powstanie Warszawskie stanowi świętość narodową dzięki bezmiarowi przelanej krwi, ogromowi cierpień i poświęcenia" Leszek Szcześniak,"Historia. Polska i świat naszego wieku. 1914-1989" _______________________________________________________________________

Powrót do strony głównej

Przejdź do NOWOŚCI na stronie ---> kliknij tutaj!

Zdjęcia w galeriach.


"Po latach" - autor nieznany [Ultor 963]

wtorek, 27 kwietnia 2010 23:38

Może niejeden z nas kiedyś po latach,
Gdy krótki wiersz ten przypadkiem,
Pamięcią czasów minionych zapyta
I myślą w dawnych pogrąży się światach.


Może niejeden z nas kiedyś po latach,
Gdy księgę bojów zamkniętą otworzy,
Poległym braciom hołd należny złoży,
I łzę niejedną w smutnych stopi datach.


I może drugim z żalem w głosie wyzna,
Że oddychanie spokoju chwilami
Jest jego ducha powolnym konaniem.


Że powróciłby ze szlochem, ze łzami,
Do dni, gdy Polak krwawiąc pod kulami
Pluł w twarz zaborcy ostatnim swym zdaniem:
"Niech żyje Polska! Niech żyje Ojczyzna!"


Podziel się
oceń
4
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

"Śpiącym braciom" - Mieczysław Ubysz

wtorek, 27 kwietnia 2010 23:29


W 41 dniu Powstania samoloty anglosaskie
dokonały pierwszego dużego zrzutu nad płonącą
Warszawą. Po raz pierwszy ośmieliłem się
spojrzeć na groby


Pokój Wam, śpiący Bracia. Ziemia chłodnym wrześniem
w sercach waszych już ciszą jesienną zakwitła,
O Bracia uśmiechnięci - dzień tylko za wcześnie,
już życie nam przynieśli na srebrzystych skrzydłach

O Bracia uśmiechnięci, to z dreszczem ostatnim
łatwiej było o słowa i łatwiej o wiary...
Żyjącym oczy ćmiły kurzawy krwi bratniej
i każdy dzień następny był drętwy i szary

O braci uśmiechnięci. Nad grobem swe serce
otwieram, tak jak umiem najszerzej, najprościej,
jak śpiew srebrzysty lecą na schylone ręce,
pierwsze łzy, pierwsze szczęścia i pierwsze radości

O Bracia uśmiechnięci. Nie wzrośnie w kurhanie
gorycz nasza i zgroza. Niech nikt nie pamięta.
Stało się a już dzisiaj niech jawą się stanie
dzielenie się uśmiechem w dniu drugiego święta

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

"1 sierpnia 1944" - autor nieznany ["Ultor 963" ]

poniedziałek, 26 kwietnia 2010 22:30

Pierwsza nagroda w konkursie żołnierskim na wiersz, ogłoszonym w sierpniu 1944 na Pradze z okazji Święta Żołnierza. Konkurs zorganizował mjr Tadeusz Schellenberger , pseud. "Ajaks" - dowódca VI Obwodu AK Warszawa - Praga. Za pierwsze miejsce nagrodą był pistolet automatyczny steyer, za drugie pistolet  typu mauzer a za trzecie ręczne granaty. Laureatem pierwszej nagrody był "Ultor 963". Nazwiska zdobywców nagród są dotąd nieznane.

Już w mroku barwa ciemno-fioletowa
Zasnuła domy i pola Grochowa.
I tylko zachód czerwienił się krwawy
Łunami jasno płonącej Warszawy.


Szeregi domów uśpione ciemnością
Drzemały, cieniem kładły się na drodze,
Lecz Polak nie spał - krwawej pożodze
Słał wzrok nabrzmiały bólem i wściekłością.


Chwila dojrzała, Dziejowe zegary
Wybiły zemstę germańskiej przemocy.
Noc z dniem zrównały tysiączne pożary.
Warszawa, mszcząc się, nie znała już nocy.


Ogień przewalał się wściekły, szalony.
Smugami dymów krajał chmur zasłony;
Ziemię i niebo językami wiercił,
I wył, krwi żądny - zew walki i śmierci.


Powietrze gęsto przeszywały strzały,
Świstem swym głosząc wrogowi dzień klęski.
A ponad miastem polski Orzeł Biały
Roztaczał skrzydła - dumny i zwycięski.


Ze swoich kwater - gotowi do boju
O krwią przesiąkłe połacie Grochowa
Składamy hołd wam w dniach krwawego znoju
Bracia z Śródmieścia, Woli, Mokotowa...


Was za wzór biorąc - dzisiaj przysięgamy,
Że o tę ziemię męczeńską i świętą,
Walczyć będziemy z mocą nieugiętą,
Że ją jedynie z krwią naszą oddamy.


Że kiedy pierwsze usłyszymy słowa,
Będące hasłem walki otwartej,
Wstrząsną się pola starego Grochowa
Myśląc, że walczy raz drugi - Pułk Czwarty.


Podziel się
oceń
6
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

"1944" - autor nieznany

poniedziałek, 26 kwietnia 2010 21:39

Wiersz nieznanego dotychczas autora. Drukowany był w konspiracyjnej "Walce młodych", nr 1 (14) z 7 stycznia 1944.

Wciąż silniej z rokiem nowym
pod niebo od chmur ciężkie
uderza krok nasz miarowy
i pieśni nasze zwycięskie

Spróbujesz - Nowa Wiosno -
potęgi naszych ramion,
czy co dzień w trudzie rosnąc,
przeszkody złamią

Niech czas nam dalej milczkiem
kłody pod nogi układa.
Nie zwiodą nas doły wilcze,
nie złamie nas lęk i zdrada

Oto przed nami trud nowy:
miesiące i dni
Oto - jak zawsze - gotowi
dźwigniemy ręce i głowy -
ponad siebie staniemy , to my...

Wiążą nam ręce - a przecież
pęt tyle w rękach nam prysło
Na szerokim słonecznym świecie
nam walka,
dla nas przyszłość

Każdy z nas, milionowych braci,
z miast czarnych z jasnych niw
doczeka w gromadnej pracy
stokrotnych żniw

Blask co nad nami świta,
czoła otoczy nam kręgiem...
Roku niełatwy... Bywaj! Powitaj!
milczącą roboczą potęgę


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Pro memoria: "Nad Baczyńskim" - Kazimierz Świegocki*

poniedziałek, 26 kwietnia 2010 9:53

Odszedłeś jak odchodzą ptaki,
gdy Pan ich pieśni mówi: Dość!
przerwać śpiew i do Itaki
wracać do gniazd na Wielki Sen

A nas tu kto ocali w słowach,
które są krzywdzie, bólom miłość?
I odchodzącym stąd kto powie,
że ziemia grzechy tylko śniła?

Słowo jest czynu testamentem,
kto czuł karabin w dłoni - ten
i krzyż, i śmierć już zapamięta,
choć nie wie, miłość czym, czym - gniew

Trwa śmierć jak czas niedotykalna
powiększa nas o pamięć gór
Ludzie mijają w nienawiści
jak szelestczarnych ptasich piór

* Kazimierz Świegocki (ur. w 1943 r.) - jeden z największych współczesnych krytyków i poetów. W swoich pracach koncentruje się głównie na: Cyprianie Norwidzie, Adamie Mickiewiczu, Wisławie Szymborskiej, Janie Paradowskim, Władysławie Reymoncie, Henryku Sienkiewiczu, poetach Powstania Warszawskiego oraz poetach współczesnych.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Pro memoria: "W biały dzień" - Wisława Szymborska

poniedziałek, 26 kwietnia 2010 9:43
Do pensjonatu w górach jeździłby,
na obiad do jadalni schodziłby,
na cztery świerki z gałęzi na gałąź
nie otrząsając z nich świeżego śniegu
zza stolika pod oknem patrzyłby.

Z bródką przyciętą w szpic,
łysawy, siwiejacy, w okularach,
o pogrubiałych i znużonych rysach twarzy,
z brodawką na policzku i fałdzistym czołem,
jakby anielski marmur oblepiła ludzka glina -
a kiedy to się stało, sam nie wiedziałby,
bo przecież nie gwałtownie, ale pomalutku
zwyżkuje cena za to, że się nie umarło wcześniej
i również on tę cenę płaciłby.

O chrząstce ucha ledwie draśnietej pociskiem
- gdy głowa uchyliła się w ostatniej chwili -
"cholerne miałem szczęscie" mawiałby.

Czekając aż podadzą rosół z makaronem
dziennik z bieżącą datą czytałby,
wielkie tytuły, ogłoszenia drobne,
albo bębnił palcami po białym obrusie,
a miałby używane od dawna dłonie
o spierzchłej skórze i wypukłych żyłach.

Czasami ktoś od progu wołałby:
"panie Baczyński, telefon do pana"
i nic dziwnego w tym nie byłoby,
że to on i że wstaje obciągając sweter
i bez pośpiechu rusza w stronę drzwi.

Rozmów na widok ten nie przerywanoby,
w pół gestu i w pół tchu nie zastyganoby,
bo zwykłe to zdarzenie, a szkoda, a szkoda,
jako zwykłe zdarzenie traktowanoby.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

"Traktat Poetycki" - Czesław Miłosz

poniedziałek, 26 kwietnia 2010 9:39

Mowa rodzinna niechaj będzie prosta.
Ażeby każdy, kto usłyszy słowo
Widział jabłonie, rzekę, zakręt drogi,
Tak jak się widzi w letniej błyskawicy.

Nie może jednak mowa być obrazem
I niczym więcej. Wabi jąod wieków
Rozkołysanie rymu, sen, melodia.
Bezbronnąmija suchy, ostry świat.

Niejeden pyta dzisiaj co to znaczy
Ten wstyd, jeżeli czyta księgę wierszy,
Jakby do gorszej natury w nim samym
Zwracał się autor w niejasnym zamiarze
Myśl odsuwając i myśl oszukując.

Z przyprawążartu, błazeństwa, satyry,
Jeszcze się umie podobać poezja.
Jej znakomitość wtedy się docenia.
Ale te walki, gdzie stawkąjest życie
Toczy się w prozie. Nie zawsze tak było.

I nie wyznany dotychczas jest żal.
Służą, nie trwają, romanse, traktaty.
Bo więcej waży jedna dobra strofa
Niż ciężar wielu pracowitych stronic.

I. PIĘKNE CZASY

Fiakry drzemały pod MariackąWieżą.
Kraków malutki jak jajko w listowiu
Wyjęte z rondla farby na Wielkanoc.
I w pelerynach kroczyli poeci.
Nazwisk ich dzisiaj już się nie pamięta.
Ale ich ręce były rzeczywiste,
Spinki, mankiety nad blatem stolika.
Dziennik na kiju niósł Ober i kawę
Aż minął, tak jak oni, bez imienia.
Muzy, Rachele w powłóczystym szalu,
Zwilżały usta, warkocz upinając
Szpilkąco leży z popiołem ich córek
Albo w gablotce, przy konchach bez dĽwięku
I szklanej lilii. Anioły secesji
W ciemnych wygódkach rodzicielskich domów
Rozmyślające o związku płci z duszą,
Leczące w Wiedniu smutki i migreny
(Docent Freud, słyszę, z Galicji jest rodem).
I Annie Csilag rosły, rosły włosy,
Szamerowana była pierś huzarów.
Po górskich wioskach szła wieść o Cesarzu
Którego powóz widział ktoś w dolinie.

Tam nasz początek. Na próżno się bronić,
Próżno wspominać daleki Wiek Złoty.
Nam raczej przyjąć i uznać za swoje
Wąsik z pomadą, melonik na bakier
I tombakowej brzękanie dewizki.

Za swojąuznać pieśń przy kuflu piwa
W czarnych jak sukno fabrycznych osadach.
Zapałkątrzasnąć, na dwanaście godzin
Iść, tworzyć w dymach postęp i bogactwo.

Płacz, Europo, i czekaj szyfkarty.
W grudniowy wieczór, w porcie Rotterdamu
Milczący stanie okręt emigrantów.
W zamarzłe maszty, jak w śnieżne chojary
Z dołu uderzy litanijny chór
W chłopskim, słoweńskim czy polskim, narzeczu.

Trafiona z pistoletu gra pianola.
Kadryl po knajpach goni dzikie pary.
I ruda, tłusta, prztykając w podwiązkę,
Z rozwalonymi udami na tronie,
W pantoflach z puszkiem, czeka tajemnica
Na domokrążców gum i salwarsanu.

Tam nasz początek Już miga iluzyon:
Max Linder krowę prowadzi i pada.
W ogródkach świecąprzez zieleń lampiony.
Żeńska orkiestra w puzon, w puzon dmie.

Aż z rąk, pierścieni, gorsetów liliowych,
Z popiołu cygar, wije się, rozwija
Przez bory, lasy, góry i równiny
Komenda: "Vorwarts!" "En avant!" "Allez!"

To nasze serca, wapnem przysypane,
Na pustych polach które zlizał płomień.
I nikt nie wiedział czemu się skończyło
- Grała pianola - postęp i bogactwo.

Styl nasz, choć to jest przykre, tam się rodzi.
Bzyka pokorna lira wcześnie rano
W mansardzie nad grzechotkątingel-tanglu.
Pieśń eteryczna niby chrobot gwiazd,
Handlarzom i ich żonom niepotrzebna
I ludziom z górskich wiosek niepotrzebna.
Czysta na przekór smutnym sprawom ziemi.
Czysta. Nie wolno jej użyć wyrazów:
Telefon, pociąg, bidet, rzyć i pieniądz..

Uczy się czytać długowłosa Muza
W ciemnych wygódkach rodzicielskich domów
I wie już odtąd, co poezjąnie jest.
A jest niątylko wzruszenie i powiew
Który w trzech kropkach mieszka, za przecinkiem.
Płynie, faluje nieprzetłumaczalne,
Ersatz modlitwy. Tak odtąd zostanie.
Wzbroniony będzie oddech zwykłej składni.
"Phi, publicystyka. Niech mówi prozą".
Aż kiedyś, w szkołach nowej awangardy,
Odkryciem nazwąpostarzały zakaz.

Nie wszyscy ginąbez śladu poeci.
Kasprowicz ryczał, rwał jedwabne pęta.
A zerwać nie mógł, bo sąniewidoczne.
A to nie pęta, raczej nietoperze,
Wypijające z mowy sok w przelocie.
Staff, niewątpliwie, był koloru miodu
I czarownice, gnomy, deszcz wiosenny
Sławił na niby dla świata na niby.
Co do Leśmiana, ten wyciągnął wnioski:
Jeżeli ma być sen, to sen aż do dna.

Mała uliczka jest w małym Krakowie.
Dwóch kiedyś chłopców tam obok mieszkało.
Jeżeli jeden szedł z gimnazjum Anny
Widział drugiego jak bawił się w piasku.
Różny im dany los i różna sława.

Olbrzymie morza, niepojęte kraje,
Wyspy na których za rafąkorali
W rogatąmuszlę dmąnagie plemiona
Poznał marynarz. Trwa dotychczas chwila
Kiedy w bezludnym upale Brukseli
Wstępował wolno na schody z marmuru
I dzwonek, tak gdzie S akcyjnej spółki,
Przycisnął, długo wsłuchując się w ciszę.
Wszedł. Dwie kobiety plotły nić na drutach.
Jemu zdawało się, że to sąParki.
Zwijając pasmo w stronę drzwi skinęły.
Anonimowądłoń podał dyrektor.
Tak Józef Conrad został kapitanem
Statku na rzece Kongo, bo sądzone.
Głos ostrzeżenia, dla tych, co słyszeli
Ukrył w powiastce znad tej rzeki Kongo:
Cywilizator, oszalały Kurtz,
Miał kość słoniowąze śladami krwi,
Na memoriale o światłach kultury
Pisał "ohyda" a więc już wstępował
W dwudziesty wiek.
Tymczasem dziś-dziś,
Podkówki, wstążki i taniec nad ranem
Pod wtór basetli w podkrakowskiej wiosce
I od stuleci grały się jasełka.

Nieprzemożonej woli był Wyspiański.
Teatr narodu widział jak u Greków.
Ale sprzeczności zwyciężyć nie zdołał -
Ona przełamie mowę i widzenie,
Ona oddaje nas w niewolę dziejów,
Aż nie jesteśmy osoby, mniej, ślady
Pieczęcie w których odcisnął się styl.
Nam nie zostawił Wyspiański pomocy.

W spadku nie takie wzięto monumentum.
Żartem poczęte, nie dla każdej chwały,
Zgodne z językiem jak śpiewka przedmieścia
I niecielesnej myśli ku nauce,
Szkoda że fraszka - tylko "Słówka" Boya.

Dzień ten przygasa. |wiece zapalono.
Na Oleandrach zamek karabinu
Nie szczęka więcej i błonia sąpuste.
W piechurskich butach odeszli esteci.
Włosy ich zamiótł chłopak u fryzjera.
Stoi na polach mgła i zapach dymu.

A ona, ona ma woalkę lila.
Przy świecach palce kładzie na klawisze.
I, kiedy doktór kieliszki nalewa,
Pieśń, co jest dla nas wieściąznikąd śpiewa:

Szumiały mu echa kawiarni
Całunem się kładły na skroń.

II. STOLICA

Ty, obce miasto na sypkiej równinie
Pod prawosławnąkopuła soboru,
Dla ciebie muzyka piszczałka roty,
Kawalergard, sołdat wsiech wysze,
Tobie z dorożki rży Ałławerdy.
Tak trzeba odę zaczynać, Warszawo,
Do twego żalu, nędzy i rozpusty.
Przekupień, rękązgrabiałąod chłodu,
Szklankąodmierza pestki słonecznika.
Praporszczyk wiezie kolejarskącórę.
Księżnę z niej zrobi w Elizawetgradzie.

Na czerniakowskiej, Górnej i na Woli
Już czarna Mańka, szumiąc falbankami,
Na piętro idzie, robi perskie oko.

A tobąwłada, miasto, Cytadela.
Uszami strzyże kabardyński koń
Jeżeli echo niesie "Ponad troony".

Na gubernialnądosyć masz stolicę,
Ty, luna-parku prywislanskich krajów.
Więc tobie teraz być stolicąpaństwa
Kiedy się tłoczązbiegowie z Ukrajny
Sprzedając brylant z dworu pod Odessą?
Szabla, francuska strzelba z demobilu
Niechaj wystarcząza broń w twoich bitwach.
Przeciwko tobie, śmieszna, wybuchł strajk
I w światłej Pradze i w dokach Londynu.

Więc ochotnicy w biurach propagandy
Pisząnocami o wschodniej nawale,
Nie wiedząc, że im będzie grzmieć nad grobem
Z chrapliwej miedzi trąb Internacjonał.
A jednak jesteś. Z czarnym twoim gettem,
Z bezrobotnymi, których gniew jest senny,
Ze łzami kobiet w przedwojennej chustce.

Latami będzie chodzić w Belwederze.
Piłsudski nigdy nie uwierzy w trwałość.
I będzie mruczeć: "Oni nas napadną".
Kto? I pokaże na zachód, na wschód.
"Koło historii wstrzymałem na chwilę".

Powój wyrośnie z plam zeschniętej krwi.
Gdzie żyto klęka, tam wstanąbulwary.
I pokolenie pyta: jak to było?

Aż żaden, miasto, nie zostanie kamień
W miejscu na którym leżał i przeminiesz.
Płomień rozgryzie malowane dzieje.
Jak wykopany grosik będzie pamięć.
Za twoje klęski dostaniesz nagrodę.
Na znak, że tylko mowa jest ojczyzną
Mur twój obronny u twoich poetów.

Poeta musiał być z dobrej rodziny.
|wiątobliwego cadyka wziął w rodzie.
Ojcowie jego czytali Lassalle'a,
Wierzyli w Postęp i w berliński Lied.
Powoli wdzięk się zwykł był destylować.
Byli i z gorszych, szlachetków czy łyków,
Czy nawet z Niemca w wełnianej szlafmycy.

"Pod Pikadorem" hucząc nie odgadli
Że gorzki w smaku bywa liść wawrzynu.
Rozdymał nozdrza recytując Tuwim,
"Ca ira!" wołał w Grodnie, Tykocinie,
I drżała sala tubylczej młodzieży
Na dĽwięk spóĽniony górąo sto lat,
Aż entuzjastów, tych którzy przeżyli,
Spotkać miał Tuwim na balu UB
Żeby zamknęło się ogniste koło
I trwał, jak zawsze, bal u Senatora.

Wiosnę, nie Polskę, chciał widzieć na wiosnę
Depczący przeszłość Lechoń-Herostrates.
Ale rozmyślać miał przez całe życie
O słuckich pasach i o karmazynie
Czy o religii, choć nie katolickiej
A tylko polskiej, na mszy narodowej
Kapłanem w komży mianując Or-Ota.

A cóż Słonimski, smutny i szlachetny?
Jutru powierzał się i Jutro głosił.
Władztwa Rozumu co dzień oczekiwał
Na sposób Wellsa czy na inny sposób.
Niebo Rozumu cięły krwawe pręgi,
Więc już na starość przekazywał wnukom
Dawnąnadzieję, że oni zobaczą
Jak Prometeusz schodzi z gór Kaukazu.

Z barwnych kamieni składał gospodarstwo
Publicznym sprawom obcy Iwaszkiewicz,
Mówca póĽniejszy, tudzież obywatel
Pod naciskami twardej konieczności,
Za względne uznać wszystko, no bo mija
Potem słowiańskie wskazać ludziom cnoty
Żeby nam chłopska zagrała kapela -
Jest melancholia przecie w takiej doli.

Nie lepsza wcale, tylko bardziej dumna
Samotność w bieli zim amerykańskich.
|lad nóżek ptaka ten sam co od wieków.
Czas już nie rani i nie daje siły.
Niebieska sójka, podkarpackiej krewna,
Będzie zaglądać w okno Wierzyńskiego.
Och, cena, cena jakąsię zapłaci
Za radość chłopca, za wiosnę i wino!

Nigdy nie było tak pięknej plejady.
A jednak w mowie ich błyszczała skaza,
Skaza harmonii, ta, co u ich mistrzów.
I przemieniony chór nie był podobny
Do bezładnego chóru zwykłych rzeczy.

A tam się zaczęło, tam fermentowało
Głębiej niż sięga utoczone słowo.
W grozie żył Tuwim, milknął, grał palcami,
Na jego twarzy hektyczne wypieki.
I, rzecz by można, wojewodów łudził
Jak póĽniej łudził dobrych komunistów.
Krztusił się. W krzyku drugi był zawarty,
Zamaskowany: że społeczność ludzka
Sama już w sobie jest dziwem nad dziwy,
Że my chodzimy, jemy i mówimy
A wiekuista światłość już nam świeci.

Jak ci, co w hożej, uśmiechniętej pannie
Widzieli szkielet z pierścieniem na kości
Był Julian Tuwim. Żądał poematów.
Ale myśl jego jest konwencjonalna
I tak użyta, jak rym i asonans.
Przykrył niąwizje, których się zawstydził.

Ktokolwiek białąrękąw tym stuleciu
Prowadzi rządki liter na papierze
Słyszy stukania, głosy biednych duchów
Zamkniętych w stole, w ścianie, w wazie kwiatów.
Dać znać próbują, że ich właśnie ręka
Z materii przedmiot każdy wydobyła.
Godziny męki, nudy, beznadziei
W nim zamieszkały i zniknąć nie mogą.
Płoszy się wtedy ten, co trzyma pióro.
Niejasnąw sobie czuje obrzydliwość.
Dziecka niewinność odzyskać próbuje
Ale daremny przepis i zaklęcie.

Oto dlaczego młode pokolenie
Tamtych poetów polubiło w miarę,
Hołd im oddając, ale nie bez gniewu.
Jąkać się chciało odtąd programowo
Bo treść wyrażać zdaje się jąkała.

Broniewski też nie znalazł u nich łaski
Choć coś - podziemne i nieujarzmione -
Układał w strofy dla proletariatu.
A jednak Wiosna Ludów po raz drugi
To ostatecznie też było Bel Canto.

Oni by chcieli nowego Whitmana.
Ten by im w tłumie woĽniców i drwali
Codzienne czyny zamieniał na słońce..
Ten by im w heblach, obcęgach i dłutach
Lśnił i wibrował, obiegając Kosmos.

Awangardzistów było bardzo wielu.
Podziwu godny z nich jest tylko Przyboś.
W sól, w popiół padły narody i kraje
A Przyboś został, tak jak był, Przybosiem.
Żadne szaleństwo serca mu nie zżarło.
Ludzkie - więc łatwiej takich się rozumie.
W czym jego sekret? Już w Anglii Szekspira
Kierunek powstał, tak zwany euphuism:
Pisać doradzał tylko metaforą.
Pod spodem Przyboś był racjonalistą.
Uczucia miewał, jakie sąwskazane
Dla rozsądnego członka społeczeństwa.
Równie mu obcy i smutek i humor.
On chciał w ruch puścić statyczne obrazy.

Awangardziści raczej się mylili.
Wskrzeszali stary krakowski obrządek,
Więcej powagi przypisując słowom
Niż słowa unieść mogąbez śmieszności.
Czuli, że z mocno zaciśniętej szczęki
Głos im wychodzi jakimś sztucznym basem,
I że wybiegiem zalęknionej sztuki
Jest ich marzenie o ludowej sile.

Sięgnijmy głębiej. Był czas wielkiej schizmy.
"Bóg i Ojczyzna" już nęcić przestało.
I nienawidził poeta ułana
Mocniej niż kiedyś bohema filistra.
Drwił ze sztandarów, gardził amarantem
I spluwał, kiedy wrzeszcząc, rój młodzieży
Gonił z laskami za kupcem w chałacie.

Finał zawczasu był przygotowany.
Nie przez brak armat i pancernej broni.
Bo jest poeta w Polsce barometrem
Drukując nawet w "Linii" czy "Kwadrydze".
Pękł, tak nazwijmy, kolektywny walor
I wspólna wiara ludzi nie łączyła.

|wiadomy wtedy w ironię się chronił
I jak na wyspie żył między swoimi.
Bardziej świadomy, przed sobąudawał
Że głośnym bóstwom składa część z narodem.

Gałczyński pragnął padać na kolana.
Głębokiej prawdy pełne jego dzieje:
Tej, że poeta bez ludzkiej wspólnoty
Jest jak szum wiatru w suchych trawach grudnia.
Nie jemu zwyczaj podawać w wątpliwość,
Chyba, że piętno zdrajcy zechce dostać.
Niech tutaj będzie wreszcie powiedziane:
Jest ONR-u spadkobiercąPartia.
A poza nimi nic nigdy nie było
Prócz buntu godnych pogardy jednostek.
Któż miecz Chrobrego wydobywał z pleśni?
Któż wbijał myśląsłupy aż w dno Odry??
I któż namiętność uznał narodową
Za cement wielkich budowli pprzyszłości?

Gałczyński związał wszystkie elementy:
Kpinę z burżuja, polskąpieśń Horst Wessel
I dumę, że się jest plemieniem Scytów.
Przez dwie epoki biegła jego sława.

Zupełnie inna swojskość Czechowicza.
Słomiane dachy, grzedy kopru, marchwi,
I na Powiślu ranek jak z lusterka.
Po rosach echo niesie kujawiaczek
Tych kijanek, tych praczek u potoczka.
Kochał co małe, zebrał sielski sen
Apolitycznej i bezbronnej ziemi.
BądĽcie mu dobre, wy, ptaki i drzewa.
Od czasu chrońcie grób Józka w Lublinie.

Nie jeden naród, ale sto narodów
Chciał dostać Szenwald. A, choć stalinista,
Umiał zaczerpnąć i z Marksa i z Greków.
Wierszem, jak gdyby narzędziem chirurga
Sięgał pomiędzy zasklepione tkanki.
A więc malował scenę przy strumieniu.
Szkolna wycieczka tam nagle spotyka
Bose, kradnące opał chłopskie dzieci.
Czy pokazywał, jak chłopcu z baraków
Wystarczy rower za cud i natchnienie.
Poezja nie jest kwestiąmoralności
Jak dowiódł Szenwald, lejtnant Krasnoj Armii.
Kiedy w obozach dalekiej północy
W szkło zastygały trupy stu narodów
On pisał odę do Matki-Syberii.
Jeden z piękniejszych, tak jest, polskich wierszy.

Tymczasem uczeń, stromym gdzieś chodnikiem
Z wypożyczalni wraca, książkę niesie.
A książka jest to "Puszcza wodna w lesie"
Palcami pilnych Indian zatłuszczona.
Nad Amazonkąw lianach skośny promień.
Leżąna nurcie rozpostarte liście,
Wielkie, że stanąć na nich może człowiek.
On po tych liściach wędruje, fantasta.
Małpy, brunatne jak kosmaty orzech,
W mosty wiszące splotły się nad głową.

Nie widzi, przyszły czytelnik poetów,
Ni krzywych płotów ani wron pod chmurą,
Gotów jest odtąd mieszkać w kraju czarów.
To on, jeżeli oszczędzi go zguba,
Zachowa czułość dla tych, co go wiedli.
A Iwaszkiewicz, Lechoń i Słonimski,
Wierzyński, Tuwim na zawsze zostaną
Tak, jak spotkała ich młodziutka pamięć.
Kto większy, a kto mniejszy nie zapyta.
Za barwąbędzie gonił w każdym inną
Prowadząc czółno Amazonkąplanet.

Tam Wittlin ciągle wkłada łyżkę zupy
W zarosłe usta człowieczego głodu,
Baliński słyszy dzwoneczki karawan
W różowo szare zmierzchy Ispahanu,
Tytus Czyżewski powtarza zaklęcie
Pasterzy dmących w dudki Jezusowi,
Ważyk ogląda okręt na wystawie,
Iskrzy się fala u Apollinaire'a.
Tam się rozlega trel polskiej Safony
Jakiej nie było nigdy w naszej mowie,
Orszuli wzeszłej po czterech stuleciach.
Życie się zetrze, wirująca płyta
Dłużej niżeli aksamit Carusa
Grać będzie skargę Marii Pawlikowskiej,
Znad brzegów śmierci jej "Per che? Per che?"

Więc niedaremna była krew ułana
Zakrzepła w gwiazdki dla mrówek pod brzozą?
Może nie całkiem godzien potępienia
Piłsudski, chociaż troszczyć się nie umiał
O nic prócz granic? Dwadzieścia lat kupił,
Na sobie nosił delię krzywd i win
Ażeby miało czas dojrzewać piękno.
Podobno piękno to jest bardzo mało?

Nie, czytelniku, nie zamieszkasz w róży:
Ten kraj ma swoje planety i rzeki
Ale jest kruchy jak rąbek poranku.
To my tworzymy go co dzień na nowo,
Więcej szanując to, co rzeczywiste
Niż to, co w nazwie i dĽwięku zastygło.
I tak, przemocą, światu jest wydarty
Albo, za łatwy, wcale nie istnieje.
Żegnaj minione. Jeszcze wzywa echo.
A nam przemawiać brzydko i chropawo.

Ostatni wiersz epoki był w druku.
A jego autor, Władysław Sebyła,
Lubił wieczorem wyjąć z szafy skrzypce
Kładąc futerał przy tomach Norwida.
Haftki munduru wtedy miał rozpięte
(Bo na kolei pracował, na Pradze).
W tym swoim wierszu, jakby testamencie,
Do |wiatowida przyrównał ojczyznę.
Zbliża się do niej świst i werbli trzask
Od równin wschodu i równin zachodu
A ona śni o brzęku swoich pszczół,
O popołudniach w hesperyjskich sadach.
Czy za to strzeląw tył głowy Sebyle
I pochowajągo w smoleńskim lesie?

Noc taka piękna. Wielki, jasny księżyc
Napełnia przestrzeń tym blaskiem co bywa
Tylko we wrześniu. Nadranne godziny.
Cisza w powietrzu nad miastem Warszawą
I zaporowe balony-owoce
Stojąsrebrnawe w świtającym niebie.

Od Tamki stuka obcasem dziewczyna,
Wabi półgłosem, na zarosłe place
Idąi łowi ucho dyżurnego
(On, niewidoczny, milczy w plamie cienia)
Ich słabe śmiechy na pościeli mroku.
Dyżurny nie wie, jak unieść tę litość.
Wspólnej ich doli nie umie wyrazić.
Mała kurewka i robotnik z Tamki.
Przed nimi terror wschodzącego słońca.

I będzie może myśleć póĽniej nieraz
Co się z tym dwojgiem w dniach i wiekach stało.

III. DUCH DZIEJÓW

Kiedy pozłota z ramion rzeĽb opada,
Kiedy litera z ksiąg prawa opada,
Naga jak oko zostaje świadomość.

Kiedy na metal i strzaskane liście
Ogniami lecąz tomów suche liście,
Nie ma okrycia drzewo zła i dobra.

Kiedy w kartoflach gaśnie skrzydło z płótna,
Kiedy rozdziera się żelazo z płótna,
Jest tylko słoma chat i nawóz krowi.

Po igłach ścieżek, w mazowieckich laskach,
Pomiędzy Reichem i Gouvernement,
Pracująw piachu płaskie pięty chłopki.
Przystaje, brzemię o sosnę opiera
I cierń wyjmuje z zakurzonej stopy.
Osełka masła w wilgotnym gałganie
Odciska formę muzealnąpleców.
A u przeprawy bój, gdakanie kur,
Gęsi z koszyków wyciągająszyje.
I żłobi w miastach kula suchy ślad
Na płytach, koło woreczków tytoniu.
Przez całąnoc umiera na przedmieściu
Wrzucony do glinianki stary Żyd,
Ryk jego cichnie dopiero nad ranem.
Szara jest Wisła, obmywa łoziny
I żwiry kłębi tocząc się szeroko.
Pluszcze kołami statek obciążony
na który siedli z workami szmuglerzy.
Dno tykąmaca Stasiek albo Heniek:
"Meter!" Chlup. "Meter!" Chlup. "Meter dwadzieścia!"

Gdzie wiatr zawiewa dymem z krematorium
I dzwoni w wioskach dzwon na Anioł Pański
Przechadza się Duch Dziejów, poświstuje.
Lubi te kraje obmyte potopem,
Bezkształtne odtąd i odtąd gotowe.
Mile mu błyska w opłotkach spódnica
Ta sama w Polsce, w Indiach i Arabii.

Rozkłada w niebie grube swoje palce.
Pod jego dłoniąjedzie na rowerze
Organizator siatki bezpieczeństwa,
Delegat partii wojskowej w Londynie.
Topole, małe jak żyto w przepaści,
Odprowadzajądo lasu dach dworu,
A tam w jadalni zasiedli za stołem
Zmęczeni chłopcy w oficerskich butach.
Z krzaków pył prószy na wąsy fornali.

Już go zobaczył i poznał poeta,
Gorszego boga, któremu poddany
I czas, i losy jednodniowych królestw.
Twarz jego wielka jak dziesięć księżyców,
Na szyi łańcuch z nieobeschłych głów.
Kto go nie uzna, dotknięty pałeczką,
Bełkotać zacznie i utraci rozum.
Kto mu się skłoni będzie tylko sługą.
Gardzić nim będzie jego nowy pan.
Lutnie i gaje i wieńce laurowe!
Damy, książęta z mitrą, gdzie jesteście!
Was można było ucieszyć pochlebstwem,
Zręcznie w podskoku złapać worek złota.
On żąda więcej. Żąda krwi i ciała.

Kim jesteś, Możny? Długie sąte noce.
Czy znamy ciebie jako Ducha Ziemi
Który z jabłoni strząsa gąsienice
Ażeby łatwiej karmiły się kosy?
Który gromadzi nogi martwych żuków
Na pulchnąściółkę co wyda hiacynt?

Czy ty i on, to jedno, Tępicielu?
On, nieodstępny, on, wierny towarzysz
Ileż to razy prowadził nam rękę
Po gładkich plecach i szyi dziewczyny
Kiedy w lipcowym zmierzchu schodząpary
W zapachu sosen łąkąnad jezioro
I gra harmonia melodię niebyłą
O kwiatach cytryn, o wyspie kochanków,
Aż, utraconą, przypomnieć nam straszno.
Ileż to razy, on, piękno i chwała,
Przepych i krzyki miłosne cietrzewi,
Ironiąumiał wykrzywić nam usta,
Szepcząc do ucha, że kolory wiosny,
Trele słowika i nasze natchnienie
Sątylko jego rozrzutna przynętą
Żeby spełniało się prawo gatunku.
Że krew ostygnie i rdząporażeni,
Ubrani w płaszcze z gnijącej purpury,
Spadać będziemy w proch sprzed lat miliona
Gdzie czeka pradziad nasz, Pithecanthropus.
Czy ty, co nosisz rozsądny frak Hegla
I lubisz dzikie, wiatrom dane, strony,
Przybrałeś sobie tylko nowe imię?

W zielonej torbie tajne biuletyny,
Poeta słyszy jego śmiech potężny:
Ja im za karę odebrałem rozum.
Nikt nie powstanie przeciw mojej woli.

Jakim wyrazem sięgnąć w to, co będzie,
Jakim wyrazem bronić szczęścia ludzi
- Ono ma zapach ziarnistego chleba -
Jeżeli nie zna poetycka mowa
Miar, jakie póĽnym potomkom przypadły?
Nas nie uczono. My wcale nie wiemy
Jak w jedno złączyć Wolność i Konieczność.

Dwa ostre brzegi we śnie zwiedza umysł.
Zguba nieziemskich, zguba promienistych,
Niebo szturmując, materiąwzgardzili.
W niej ciepło, radość i zwierzęca siła.
Zguba rozważnych, zguba ociężałych.
Gwiazdę zarannąkłamstwami ogłuszą,
Dar, bardziej trwały niż śmierć i natura.

W zielonej torbie tajne biuletyny.
Propagandowy kruszy się poemat.
DĽwięczy fałszywie, bo jest niżej wiedzy.
Za wiele czuje, więc milknie poezja.
Jeszcze dalekie wezwania powtarza,
Do uniesienia treści niegotowa.

Dwudziestoletni poeci Warszawy
Nie chcieli wiedzieć, że Coś w tym stuleciu
Myślom ulega, nie Dawidom z procą.
Byli jak człowiek na szpitalnej sali
Który śmiech dzieci i zabawy ptaków
Stara się pojąć raz tylko, ostatni,
Zanim nie zamknąsię kamienne wrota,
I na przymierza z jutrem obojętny
Dba tylko o to, jak być wiernym chwili.
Nie ozdabiały starej barykady
Zorze ludzkości, wieszczów obietnice.
Zraniona mieczem stała Matka Boska
Nad żółtym polem i wiankiem poległych.

W zdumieniu młodzi rano dotykali
Stołu i krzesła, jakby w deszcz ulewny
ZnaleĽli cały, okrągły dmuchawiec.
Przedmioty dla nich łamały się w tęczę,
Mgliste jak lata wcześnie pożegnane.
ZapowiedĽ sławy, pokoju, mądrości
Własnąlitaniąmusieli odtrącić.
Ich wiersze były modlitwąo męstwo:
"Z życia, jak z miasta kiedy nas wysiedlą
Domie nasz złoty, w pościel z malachitu
Na jednątylko noc nas wiecznąprzyjm"
I żaden grecki antyczny bohater
Do bitwy nie szedł tak zbyty nadziei,
Z wyobrażeniem swojej białej czaszki
Kopniętej butem obcego przechodnia.

Kopernik, posąg Niemca czy Polaka?
Składając przed nim kwiaty padł Bojarski.
Czysta, bez celu, winna być ofiara.
Trzebiński, nowy jakiś polski Nietzsche,
Nim umarł, usta miał zagipsowane,
Mur i powolne chmury zapamiętał
Sekundę patrząc czarnymi oczyma.
Baczyński stuknął czołem o karabin.
Dalej gołębie płoszyło Powstanie.
Gajcy, Stroiński, byli podniesieni
W czerwone niebo na tarczy eksplozji.

Na gęsich piórach maczanych w inkauście
Jeszcze pod lipąświatło dzienne drżało.
W księgach to samo rządziło prawidło
Poczęte z wiary, że piękność widzialna
Jest małym lustrem dla piękności bytu.

Polami wtedy żywi uciekali
Od samych siebie, wiedząc, że wiek minie
Zanim powrócą. Przed nimi ruchome
Piaski, na których drzewo się zamienia
W nic, w anty-drzewo, gdzie żadna granica
Kształtu i kształtu nie dzieli a w gronach
Zapada się dom złoty, słowo JEST,
I STAJE SIĘ sprawuje odtąd władzę.

Każdy z nich dĽwigał do końca dni swoich
Pamięć tchórzostwa, bo umrzeć bez celu
Nie chciał, a zwątpił, bo nie chciał umierać.
I On, czekany, z dawna odgadniony,
Dymił nad nimi tysiącem kadzielnic.
Po grząskich ścieżkach pełzli mu do nóg.

"Królu stuleci, nieobjęty Ruchu,
Napełniający groty oceanu
Wrzawąbez dĽwięku, zawarty w posoce
Rozdzieranego przez inne rekina,
W świstach obecny pół-ptaka, pół-ryby,
W szumie, w żelaznym bulgotaniu skał
Kiedy podnosząsię archipelagi".

"Wre przybój twój, odnosi manele,
Perły nie oczy, kości z których sól
Zdjęła korony i suknie z brokatu.
O, Bez Początku, o, zawsze pomiędzy
Formąi formą, o, potoku, iskro,
O antytezo, co dojrzewasz w tezie.
Oto jesteśmy już jako bogowie
W tobie pojmując, że nie istniejemy".

"Ty, gdzie się łącząprzyczyna i skutek
Jak swojąfalę z głębi nas wywiodłeś
Na jedno mgnienie bezbrzeżnej odmiany.
Ból dwudziestego wieku nam odkryłeś,
Abyśmy wstąpić mogli na wysokość
Gdzie twoja ręka włada instrumentem.
OszczędĽ nas, nie karz. Wielkie nasze winy.
Zapominaliśmy czym prawa twoje.
Zbaw od niewiedzy, uznaj nasząwierność".

Tak przysięgali. A każdy zachował
Martwąnadzieję, że dzierżawom czasu
Kres wyznaczony. Że kiedyś, raz tylko,
Dane im będzie na gałąĽ kwitnącą
Patrzeć przez chwilę niepodobnąchwili,
Uśpić ocean i zamknąć klepsydrę
I nasłuchiwać jak milknązegary.

Kiedy owinąmi szyję powrozem,
Kiedy zabiorąmi oddech powrozem,
Raz się obrócę w kółko i kim będę?

Kiedy ukłująmnie w piersi fenolem,
Kiedy odejdę pół kroku z fenolem,
Jakąż ja mądrość proroków zdobędę?

Kiedy nasz uścisk jedyny rozerwą,
Kiedy nasz promień na wieczność rozerwą,
Złączyć go w niebie nie będzie już komu.
Prócz mego serca które się zatrzyma,
Prócz mego słowa które się zatrzyma,
Nie znam ni ojca, ni syna, ni domu.

|piewak obłokom groził w naszym getcie,
Rzucałem pieniądz ślepemu poecie,
Niechaj pieśń ze mnązostanie do końca.

Na murze celi żłobiłem noc całą
Słowo miłości, ażeby przetrwało,
Żeby z więzieniem biegło wokół słońca.

Do taktu pieśni w blaszankę dzwoniłem,
Ja, co nie jestem, ja, co tylko byłem,
Gdzie nasza droga skręciła za druty.

|lad mój, pamiętnik wmurowany w cegły.
Może go znajdąw jakiś dzień odległy,
Dzień przebaczenia, albo dzień pokuty.

Ziemia zagłady, ziemia nienawiści,
Żadne jej słowo nigdy nie oczyści,
Taki się na niej nie zrodzi poeta.

A gdyby nawet jeden był wezwany,
Z nami szedł razem do ostatniej bramy
Bo mógł być tylko między dziećmi z getta.

Niezdarna mowa słowiańskich rolników
Długo szeleszcząc rymem pracowała
Ażeby wydać śpiew anonimowy
Dotychczas w drżącym powietrzu słyszalny
I tam, gdzie palmom sycząbiałe piany
I tam, gdzie w zimne prądy Labradoru
Orzeł-rybołów spada pługiem blasku
Przy jodłach Maine. Prosty był ten śpiew.
Madrygał, dawniej z wtórowaniem wioli
Nucony pannom w pięknej porze roku
Brzmiał po raz pierwszy na odwrót. To wszystko.

Minie zima

Maszerujące żydowskie dziewczęta
Jedynąradość zemsty wyraziły.
Tak, wkrótce nocążurawie pogonią,
|nieg suchy ranić nie będzie już ręki.
Tak, u strumienia, różowy jak usta
Kamyk na żwirach zachrzęści pod stopą.

Przyjdzie wiosna

Tak, zielonym sokiem wzbiorątulipany,
I chrabąszcz, hucząc o szybę uderzy.
Tak, narzeczony splecie narzeczonej
Wieniec na czoło z młodych liści dębu.

Będzie na nas

Na nas, bo teraz my jesteśmy jedno.
Kość, mięso, nerwy sąnasze, nie moje.
Imiona Miriam, Soni i Racheli
Gasnąi stygnąpowoli w powietrzu.

Trawa rosła

Ironiąpieśni zwyciężona trawa.

Kisnąogórki w zapotniałym słoju
Z badylem kopru. Ogórki sąwieczne.
I trzaska rano chrust na palenisku.
W misie drewniane miski i polewka.
Koszów i motyk szuka się pod ścianą
W sieni, gdzie kokosz stroszy się na grzędzie.
I miedzą, miedzą. Ni widu, ni kresu.
Mglisto i płasko do samych Skierniewic.
Mglisto i płasko dalej, do Uralu.
Ej, nie ustawaj, nieprędko południe.

Lekkie nareszcie oblókłszy nankiny
Modnej młodzieży przywoływam koło;
Strojem poranne zbywamy godziny
Albo rozmowąbawim się wesołą.

Nad kartoflami i jesiennąziemią
Skrą, płatkiem śniegu obróci samolot.
Kozły wywija wysoko za chmurą.

Mówcie, komu czego braknie,
Kto z was pragnie, kto z was łaknie.

Ziaren goryczy więcej nie potrzeba.
Służąpoezji ciepłe porcelany,
Grono czarownych służy jej Charytek,
Z greckich i rzymskich ziół ciągnione treści.
Pykając lulkę, oblókłszy nankiny
Niechby pomarzył na nowo poeta.
Mógł dom być z drzewa, lecz podmurowany.

Leżał tam Fedon i żywot Katona.
Albo jeżeli zapalano w piątek
|wiece w jarzącym rodzinnym świeczniku,
Z rytmów Daniela, z rytmów Izajasza
Lekcję na zawsze zachowywał młody
Jak milczeć warto i jak wiersze składać.

Zamek na barkach nowogrodzkiej góry.

Pagórków leśnych, jasnych wód potrzeba.
Nigdy się tutaj nie obroni człowiek.
Bo kiedy pusty ogarnie horyzont
Że stoi w środku, nigdy nie uwierzy.
Doradcąbędzie mu ruchomy cień.

Kto nie w tym polnym kraju urodzony
Morzem popłynie, powędruje lądem,
Pod jabłoniami na brzegach Wezery,
Pod jodłąMaine ścigając odbicie
Czarno-zielonych rzek swojej ojczyzny,
Tak jak się w tłumie cudzoziemskich twarzy
|ciga twarz jedną, kiedyś ukochaną.

Za trudny dla nas chyba ten Mickiewicz.
Gdzież nam do pańskiej, żydowskiej nauki.
Za pługiem, broniątylkośmy chodzili.
Grała nam w święto muzyka nie taka.

Ho la o la
pastyrze łode pola
du dy u dy
pastyrze łody budy
idĽcie do stayenki
do świentej Panienki
i Grzegorz karbowy
pisarz prowentowy

Bzycząi buczągrubym brzuchem basy:

hudu- hudu - hu
maju graj- u
Panu Bogu Chrystu Panu
gramy mu

Lipowe skrzypki cieniuśko piskają:

tiri, tiri, tili, tili
zagrajmy se w tej to chwili
wili li wili
od o-zorzy do wilji

Dmucha i kobzę gniecie stary Grzela:

me-e -le - me
kozu- be - kozu - me
buli - wybuli mojej kozuli

Z nim na wyprzódki kłania się klarynet:

mula - ula
u la la
matulina matula

I ciągnąbasy, wtórujące basy:

Panu Bogu
Chrystu Panu
gramy mu

Wiele, tak wiele już spraw przeminęło
I kiedy żadne nie wspomaga dzieło
Tytus Czyżewski wrócił nam kolędą.
Jako buczały basy, buczeć będą.

Skręciłem tytoń, bibułkę śliniłem,
Potem zapałka w małym domku dłoni.
Czemu nie hubka? Czemu nie krzesiwo?
Wiał wiatr. Siedziałem na miedzy w południe
Myśląc i myśląc, a przy mnie kartofle.

IV. NATURA

Ogród natury otwiera się.
Trawa na progu zielenieje.
Migdałowe drzewo zakwita.

Sint mihi Dei Acherontis propitii!
Valeat numen triplex Jehovae!
Ignis, aeris, aquae, terrae spiritus,
Salvete! - mówi gość w dom.

Ariel, choć mieszka w pałacu jabłoni,
Nie zjawia się wibrując skrzydłem osy.
I Mefistofel, w przebraniu opata
Dominikanów albo Franciszkanów,
Nie stąpnie z krzaku morwy na pentagram
Wyryty laskąw czarnoziemie ścieżki.

Ale po skałach idzie w skórzniach liści
Milcząc różowym dzwonkiem rododendron.
Koliber, bączek dziecinny powietrza,
Zawisnął w miejscu. Silne serce ruchu/
Brunatnąkropląpoci się u pyska
Na gwóĽdĽ tarniny wbity konik polny,
Ani tortury świadomy, ni prawa.
I cóż ma począć ten, jak go nazwano,
Upiór naczelny, więcej niż czarodziej,
Jak go nazwano: Sokrates ślimaków,
Muzykant gruszek, rozjemca wilg, człowiek?
W rzeĽbach i płótnach indywidualność
Potrafi przetrwać, a w żywiołach ginie.
On niechaj kroczy za trumnąleśniczych
Których obalił górski diabeł, kozioł,
Z obręcząrogów nad karkiem zagiętą.
Niechaj ogląda cmentarz harpunników.
Oszczep wbijali w ciało lewiatana
I w tłuszczu jelit szukali dekretu.
Energia stygła i wełniła morze.
Także pamiętnik doktorów alchemii
Niechaj rozwija. Prawie już dosięgli
Cyfry, więc berła, i wtedy minęli
Bez rąk i oczu i bez eliksiru.

Tutaj jest słońce. A kto dzieckiem wierzył,
Że akt i czynność wystarczy zrozumieć,
Żeby rozerwać powtarzalność rzeczy,
Jest poniżony, gnije w skórze innych
I dla kolorów motyla ma podziw
Niemy, bez formy, nieprzyjazny sztuce.

Ażeby wiosła w dulkach nie skrzypiały
Zwijałem chustkę. Ciemność podchodziła
Od Gór Skalistych, Nebraski, Nevady,
Zgarniając w siebie lasy kontynentu.
Odbite żary nieba z ostrąchmurą,
I loty czapli, drzewa torfowiska,
Susz czarny, siny. Czółnem roztrącona
Znów zakładała utopia komarów
Błyszczące dwory. Grążąc się szeleścił
Płaski cień lilii, pod burtę zepchnięty.

Aż noc już tylko, popieleje toń.
Grajcie muzyki, ale niesłyszalnie
Jak ścieg zegarka, bo czekam godzinę.
Mojąstolicąbobrowe żeremię.
I sfałdowała się jeziorna woda,
Orał jąw kółko czarny księżyc zwierza
Wzeszły z głębiny, z bulgotu metanów.
Niematerialny nie jestem, nie będę.
Tak niecielesne nie dla mnie spojrzenie.
Mój odór wspólny, mój odór zwierzęcy,
Mieni się tęczą, huczy, bobra spłoszy
I klaśnie echo.

Ale ja zostałem
W wysokiej, miękkiej skrzyni aksamitu,
Władając nad tym, co trafiło we mnie:
Jak tam pracujączwórpalczaste łapy,
Jak się otrząsa włos w mokrym tunelu.
On nie zna czasu i nie wie o śmierci.
Mnie jest poddany, bo ja wiem, że umrę.

Wszystko pamiętam. Ten ślub w Bazylei.
Dotknięta struna wioli i owoce
W misach ze srebra. Puchar przewrócony,
Na ust sześcioro, zwyczajem Sabaudii,
Z którego ścieka wino. Płomień świec
Chwiejny i kruchy w powiewie od Renu.

Jej palce, z kostkąświecącąprzez skórę,
Trafiały w hafty i spięcia jedwabiu.
Suknia, otwarta łupina orzecha,
Spadła z toczonej ziarnistości brzucha.
Łańcuch na szyi dzwonił bez epoki,
W studniach, gdzie splata się broń testamentów,
Krzyk ptaka wiosnąi rudość cezarów.

Może to zresztąmoja tylko miłość
Za siódmąrzeką. Tam brud subiektywny,
Obsesja, chroniąna zawsze dostępu.
Aż okiennica, psy w zimnym ogrodzie,
Gwizdek pociągu, sowa na jedlinie,
Zabrane będąfałszom przypomnienia
I trawa powie: nie wiem czy to było.

Pluśnięcie bobra w noc amerykańską
I pamięć większa niż jest moje życie.
Cynowy talerz ciągle jeszcze dzwoni
O skośne tafle ceglanej podłogi,
Belinda z wielkąstopą, Julia, Thais
Włochatość seksu zakrywająwstążką.

Pokój księżniczkom pod tamaryszkami.
O farbę powiek bił im wiatr z pustyni.
Zanim związano ciało w bandolety,
Zanim pszenica w grobowcu zasnęła,
Zanim umilknął kamień i jest litość.

Wąż wczoraj drogę przebiegał o zmroku.
Starty oponą, wił się na asfalcie.
A my jesteśmy i wężem i kołem.
Dwa sąwymiary. Tu niedosięgalna
Prawda istoty, tutaj, na krawędzi
Trwania, nie-trwania. Dwie linie przecięte.
Czas, wyniesiony ponad czas przez czas.

Niemy, bez formy, przed barwąmotyla
Lęk w sobie czuje, on, niedosięgalny.
Bo czym jest motyl bez Julii i Thais?
I czym jest Julia bez puchu motyla
W jej oczach, włosach, ziarnistości brzucha?
Królestwo mówisz. My nie należymy.
Choć równocześnie do niego należąc.

Na jakże długo starczy mi nonsensu
Polski, gdzie pisze się poezję wzruszeń
Z ograniczonąodpowiedzialnością?
Chcę nie poezji, ale dykcji nowej.
Bo tylko ona pozwoli wyrazić
Tę nowączułość, a w niej ocalenie
Od prawa, które nie jest naszym prawem,
Od konieczności która nie jest nasza,
Choćbyśmy nasze jej nadali imię.

Z rozbitych zbroi, z oczu porażonych
Rozkazem czasu i wziętych z powrotem
Pod jurysdykcję pleśni i fermentów,
Nasza nadzieja. Tak, połączyć w jedno
Kosmatość bobra i zapach sitowia
I zmarszczki dłoni leżącej na dzbanie
Z którego ścieka wino. Czemuż wołać
Że historyczność niszczy nam substancję,
Jeżeli ona właśnie jest nam dana,
Muza siwego ojca, Herodota,
Jako broń i instrument? Choć niełatwo
Użyć jej wreszcie i tak spotęgować
Że niby ołów z czystym centrum złota
Posłuży znowu na ratunek ludzi.

Tak myśląc, ciemnym środkiem kontynentu
Pędziłem czółno przez grząskie łodygi,
Z wyobrażeniem fal dwóch oceanów
I chwiejby latarń na statkach strażniczych,
|wiadomy, że w tej chwili nie ja jeden
Jak w ziarnie trzymam nienazwanąprzyszłość.
W takt układało się wtedy wezwanie
Dla ćmy, jedwabiem furkoczącej, obce:

O Miasto, Społeczeństwo, o Stolico!
Wnętrze dymiące swoje odsłoniłaś.
Nie będziesz nigdy czym dotychczas byłaś.
Serc nam już pieśni twoje nie nasycą.

Stal, cement, wapno, edykty i prawa
Nazbyt już długo były uwielbione.
W tobieśmy mieli i cel i obronę.
Nam rosła twoja sława i niesława.

I gdzie złamane zostało przymierze?
Czy w ogniach wojny, w trzasku meteorów,
Czy raz, o zmierzchu, nad pustyniątorów,
Kiedy biegnące widać było wieże

I w oknie, za krążeniem lokomotyw,
Dziewczynę, która pochmurnąi wąską
Twarz w lustrze bada i związuje wstążką
Włosy, przebite iskrąpapilotów?

Te mury twoje sąmurami cieni.
I twoje światło na zawsze zniknęło.
Nie posąg świata, nasze tylko dzieło
Stoi pod słońcem zmienionej przestrzeni.

Ze ścian i luster, szkieł i malowideł,
Zasłony drąc ze srebra i bawełny,
Wychodzi człowiek, nagi i śmiertelny,
Gotów do prawdy, do mowy i skrzydeł.

Płacz Republiko. Wołaj: na kolana!
Megafonami próbuj swoich czarów.
Słuchaj - to idzie w tykaniu zegarów
|mierć, jego rękątobie już zadana.

Z wiosłami na ramieniu szedłem lasem.
Jeżozwierz fukał na mnie w sękach drzewa.
I był obecny puchacz, mój znajomy,
Nieodmieniony pprzez epokę, przestrzeń,
B u b o ten sam z dzieła Linneusza.

Ameryka ma dla mnie sierść racoona
I oczy jego w czarnym okularze.
Miga chipmunkiem w złożach suchej kory,
Gdzie bluszcz i powój nad czerwonąglebą
Splata arkadąpnie tulipanowca.
Jej skrzydło jest koloru kardynała.
Dziób półotwarty, kiedy mocking-bird
Syczy pod krzakiem w łaĽniach wodnej pary.
Jej linia jest falista jak moccasin
Przepływający rzekę ruchem trawy.
Grzechotnik, rumowisko plam i cętek,
Zwija jąw kłębek pod kwiatami yukki.

Ameryka jest dla mnie dopełnieniem
Podań dzieciństwa o jądrze gęstwiny
Opowiadanym w stuku kołowrotka.
I skrzypce, wiodąc korowód square-dance,
Grająjak skrzypce Litwy albo Flandrii.
Mojątancerkąjest Biruta Svenson.
Wyszła za Szweda, urodzona w Kownie.
A wtedy w światło wpada nocny motyl
Tak duży, jak złożone obie dłonie,
I z przezroczystym połyskiem szmaragdu.

Czemu w naturze, jak neon gorącej,
Na zawsze sobie nie założyć domu?
Czy mało robót przynosi nam jesień,
Zima i wiosna i trujące lato?
O dworze króla Zygmunta Augusta
Nic nam nie mówi rzeka Delaware.
"Odprawy posłów greckich" nie potrzeba.
Herodot będzie leżał nierozcięty.
I tylko róża, symbol seksualny,
Albo miłości, piękności nadziemskiej,
Otworzy przepaść, nigdy znanądo dna.
O niej to we śnie znajdziemy piosenkę:

We wnętrzu róży sądomy ze złota,
Zimne strumienie, czarne izobary,
I świt ma palce na krawędzi alp,
I wieczór spływa z palm w zatoki morza.

Kiedy umiera ktoś we wnętrzu róży
Długim pochodem sfałdowanych płaszczów
Niosągo z góry drogąpurpurową,
W pieczary ptaków świecąpochodniami.
I pogrzebany będzie w nietykalnym
Początku barwy, pod Ľródłem westchnienia,
We wnętrzu róży.

Nazwy miesięcy niech tylko to znaczą
Co znaczą. W żadnej grom armat "Aurory"
Niech nie trwa. Żadnej nocy marsz chorążych
Niechaj nie skazi. Najwyżej pamiątka
Niech się zachowa, niby wachlarz w kufrze.
Czemuż na wiejskim, chropowatym stole
Po staroświecku nie pisać mam ody
Na chwałę gwiazdom poddanych sezonów,
Spędzając z liter żuka ostrzem pióra?

ODA

O paĽdzierniku.
Jesteś mojąprawdziwąrozkoszą.
Miesiącu żurawiny i czerwonych klonów,
Gęsi lecących w czystym powietrzu od Zatoki Hudsona,
Schnących powojów i przywiędłych traw.
O paĽdzierniku.

O paĽdzierniku.
W tobie mieszka cisza dróg wysłanych igliwiem
I zawodzenie psów doławiających się tropu.
W tobie jest granie na piszczałce ze skrzydła sowy
I łoskot ptaka, nim zapadnie w bór.
O paĽdzierniku.

O paĽdzierniku.
Ty na szpadach białym szronem błyszczysz
Kiedy na West Point, z obrośniętej bluszczem skały,
Artylerzysta polski widzi różnobarwnąpuszczę.
I klonowe kabaty angielskich żołnierzy
Przekradających się szlakiem Apalachów.
O paĽdzierniku.

O paĽdzierniku.
Chłodne twoje kryształowe wino.
Cierpki smak twoich ust nad naszyjnikiem z jarzębin.
Twoje boki zdyszane okrywa
Płowa sierść górskiego jelenia.
O paĽdzierniku.

O paĽdzierniku.
Zasypujący rosąrdzawe ślady,
Dmący w róg bawoli nad obozowiskiem powstańców,
Palący bose nogi na pochyłych miedzach,
Kiedy idąziemniaczane i armatnie dymy.
O paĽdzierniku.

O paĽdzierniku.
Jesteś porąpoezji to jest zupełnego odważenia się
Na zaczynanie życia w każdej sekundzie na nowo.
Dajesz mi czarodziejski pierścień, który, odwrócony,
|wieci w dół niewidzialnym dla nikogo klejnotem wolności.
O paĽdzierniku.

Wiele nam będzie, wiele wypomniane.
Żeśmy, tak mogąc, spokój odrzucili
Milczenia, marzeń o strukturze świata
Godnych szacunku. I że temat wieczny
Nas nie przyciągał jak trzeba, ni czystość.
Że, wręcz przeciwnie, pył zdarzeń i nazwisk
Chcieliśmy co dzień poruszać słowami,
Za mało dbając o to, że zgaśnie
Tysiącem iskier i my razem z nimi.
Nawet przyjęta na siebie niesława
Nie była obca niektórym zamiarom
I, choć z niechęcią, płaciliśmy cenę.

Niejeden przyzna, jeżeli zna siebie,
Że był jak człowiek, który słyszy głosy
Choć nie wie, co te znaczą. I stąd wściekłość,
Stopa oparta na akceleratorze,
Jak gdyby w szybkość uciec można było
Od widm i głosów. Tak wlekliśmy wszędzie
Sznur niewidzialny, w sobie czując ostrze.

A jednak myląsię oskarżyciele
Ubolewając nad złem tej epoki,
Jeżeli widząw nas tylko aniołów
Strąconych w otchłań i stamtąd, z otchłani,
Wygrażających pięściąpracom Boga.
Na pewno wielu niesławnie zniszczało
Bo czas i względność, jak analfabeta
Odkrywa chemię, tak nagle odkryli.
Dla innych sama wypukłość kamienia
Kiedy go weĽmie się nad brzegiem rzeki
Była nauką. Wystarczy ten moment,
Albo krwawiące okuniowe skrzela,
Albo, nim księżyc wzejdzie ponad chmurą,
Płużenie bobra w miękkiej, sennej toni.

Bo kontemplacja gaśnie bez oporu.
Z miłości do niej trzeba jej zabronić.
A my szczęśliwsi byliśmy na pewno
Niż tamci, którzy z ksiąg Schopenhauera
Czerpali smutek, słysząc jak na dole
Pod ich mansardą, huczy tingel-tangel.
I filozofia, poezja, działanie
Nie były, tak jak dla nich, rozdzielone.
W jednąłączyły się wolę? niewolę?
Taka jest, przykra czasami, nagroda.
Jeżeli z błędem, tylko historyczni,
Nie dostaniemy wieńców długiej chwały
To, ostatecznie, co? Mająpomniki
I mauzolea, ale w deszcz majowy
Pod jednym płaszczem chłopiec i dziewczyna
Ich doskonałość minąobojętnie,
I zawsze słowo, które pozostanie
Będzie wspomnieniem półotwartych ust:
Nigdy, jak chciały mówić, nie zdążyły.

Duchy powietrza i ognia i wody
BądĽcie więc przy nas, ale nie za blisko.
|ruba okrętu już od was oddala.
Mijamy strefę mewy i delfina.
Potem nadzieja, że Neptun z trójzębem
Wynurzy brodę, wlokąc orszak nimf,
Nie jest spełniona. Nic, tylko ocean
Wre i powtarza: daremnie, daremnie.
Tak mocna nicość, że jązwyciężamy
Próbując myśleć o kościach korsarzy,
O atłasowych brwiach gubernatorów
które przebijał krab, sięgając mięsa.
Raczej nam ścisnąć metal balustrady,
W zapachu farby, mydła i lakieru
Szukać pomocy. Trzeszczy w nitach pudło,
Niesie szaleństwo nasze i niejasność,
Wiarę ukrytąi brud subiektywny
I białe twarze poległych bez domu.
Do wyspy szczęścia? Nie. W tobie i we mnie
Wicher zagłuszył strofę horacjańską.
Z ławki, pociętej szkolnym scyzorykiem,
Już nie dogoni nas w tej słonej pustce:
Iam Cytherea choros ducit Venus imminente luna.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Forteca - Elegia o chłopcu polskim

piątek, 23 kwietnia 2010 10:54
Forteca - Elegia o chłopcu polskim, muz. Forteca, słowa. K.K. Baczyński
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

*** (Zamierzchły smutek, łowiąc echa...) - K.K. Baczyński

piątek, 23 kwietnia 2010 0:18



Zamierzchły smutek, łowiąc echa marzeń,

zapuszcza w niebo swój niewód,

gdy zmierzch jesienny kładzie nam na twarze

wilgotne liście powiewu.

Skończone łowy. Zachód uniósł w morze

krew pokonanych jeleni.

W leśnych ostępach ściele znów bezdroźe

mgła, szarooka Artemis.

Błysnęły gwiazdy - rozpłakane światła

umarłych bogów i plemion.

Jak Antygona nad zwłokami brata

noc się pochyla nad ziemią.

16 kwiecień 1942


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

"Jesień pragnień" - K.K. Baczyński

czwartek, 22 kwietnia 2010 9:53



Wiatr kuje szyby, trzeba się ciągle żegnać
i szukać lasów pociętych uporem na przestrzał.
Wiatr kuje szyby: po młocie młot,
młoty.
Wzdęte liście zawilgły od łez lokomotyw.
I marszem świat wygasły dławi od powietrza,
i ciężar nieba: trzeba się ciągle żegnać,
a tutaj odlot pragnień co noc niełaskawszy,
a tutaj tępa pamięć, której się nie zaprzesz.
Dalej, dalej jest okrzyk drogi niewzruszony,
odloty wiecznych odlotów wokoło.
Na wielkim dębie nocy wiszę sam zgubiony,
na wielkim dębie nocy nieodpadła żołądź.
Trzeba się ciągle żegnać z powietrzem ostrzejszym od kwarcu,
z wiaduktami oddechów z obumarłych alej.
Trzeba się ciągle żegnać krzyżami przy drodze.

A dalej w głębi nocy powrót mi się pali.


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

"Noc samobójcza" - Krzysztof Kamil Baczyński

czwartek, 22 kwietnia 2010 9:49

Ta noc bez pożegnania, noc bez gwiazd, noc bez ruchu,
Długo mi wiatr histeryczny tłumaczył epilog najprostszy,
aż oto śmierć dzisiejszą ciężko bijąc ukłuł.
Jestem bezradny jak motyl, motyl nabity na ostrze.

Rzeka: przez okno widać, stanęła i czeka.
Przez okno widać miasta nasunięty witraż.
Na wierszach ślady krwi. Nie przeczytasz
przeżytych epopei. Nie zobaczysz ani jednego człowieka.

Odpływam nocą najstraszniejszą, a dokąd -
- już wszystko jedno, oczy zamkną odwroty w życie jak drzwi,
ręce jak drewno, ręce jak drewno, ręce jak drewno.

Już spod nóg stoczył się świat
wąskim strumykiem krwi
i tylko czarne szkielety mebli płynąc ode mnie wokoło stoją
a jutro rano jak dziś:
przyjdą na okno małe wróble
i nie spłoszone obejrzą śmierć zastygłą w moim pokoju.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Rocznica...

poniedziałek, 19 kwietnia 2010 14:52
Powstanie
w getcie warszawskim
19/04/1943 - 16/05/1943

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

"Oczyszczenie" - Tadeusz Gajcy

poniedziałek, 19 kwietnia 2010 13:46
światłu temu schodzący w obraz 
jestem drzewem czy ptakiem ślepym? 
Błyskawicy srebrnej koronka 
cień mój toczy wysmukłym niebem. 
Więc ruchliwą twarzą zwrócony, 
gdzie odległy już piorun stąpa 
ręce moje jak dwa liście klonu 
na ogniste kładę niebiosa. 

Będę trwać tak pół-człowiek, pół-drzewo 
na cierpliwej powietrza wadze. 
Kiedy serce ułoży mnie siwe 
w miejscu światła, gdzie lśniącą kładzie 
kość jak cacko - Bóg z uśmiechem dziecka - 
będę tylko już drzewem bezlistnym, 
a zły ogień jak krucha owieczka 
pójdzie dalej niewinny i czysty. 

Jakąż wtedy otrzymam własność? 
Zejdę niżej - a kamień i próchno 
nowe niebo utworzą, by zasnąć. 
Chłodne niebo i smutne. Gdy w górę 
pójdę - obszar bez granic mnie wchłonie 
i stanie nagle się światłość 
mała jak okna płomień. 
Chłodny płomień i smutny. 

Będę trwać więc niebu na przekór 
w obraz idąc wspomnieniem bosym: 
dzwonił gromko na piaszczystym brzegu
w liściu chmury jak żołądź - kościół. 
Gołąb z gipsu tam mieszkał nad lustrem 
wody świętej, co spadając ostro 
na me czoło i dziecięce usta 
słowo małe uczyniła siostrą.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Wspomnienia: Basia Sapińska i Alek Dawidowski

niedziela, 18 kwietnia 2010 12:54

Listy pochodzą z 1942 r z lipca. Wtedy to własnie Basia choruje na grypę a upust swoich emocji daje w  zabawnych acz wzruszających listach skierowanych do swojego ukochanego Alka

Basia do Alka: "Wiesz, takie mnie nachodzą strachy, że się odkochasz. Żebym znała jakieś zioła na miłość, to bym Ci dała do wypicia. (...) Jakże bym chciała, żebyś tu ze mną był, ale byś się na pewno odkochał, bo jestem bardzo brzydka. I twarz mam szarą, z sińcami pod oczami, których w ogóle nie widać, bo zapuchły i nos też mam napuchnięty i czerwony. A włosy proste i jak strąki brudne. Wyglądam zupełnie jak stara ciotka (...) PS: Całuję Cię przez papierek, żeby Cię nie zarazić" - 6 lipca

Alek do Basi: "Nie bój się mała zazdrośnico, bo nie masz o co! Wczoraj wieczorem na przykład tak sobie myślałem, że przejechałbym się na rowerku, ale nie sam... zgadnij z kim? (...) A więc nos do góry "stara ciotko" całuję całuję bardzo bardzo mocno - bez papierka" 7 lipca

Basia do Alka: "Tak sobie pomyślałam, że jak się jedzie na rowerze, to się nie można całować, bo byśmy się zaraz wykopyrtnęli. Prawda? Zresztą może kiedyś spróbujemy

       

źródło: Barbara Wachowicz "Rudy, Alek, Zośka"


Podziel się
oceń
26
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Nowości w Galeriach

sobota, 17 kwietnia 2010 15:35

Zapraszam do działu Galerie: Prace Baczyńskiego oraz Poeci. Dodałam kilka nowych zdjęć oraz akwarele i rysunki ołówkiem w wykonaniu K.K. Baczyńskiego.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

"Do Rafała" - Józef Szczepański

piątek, 16 kwietnia 2010 21:56

To był ostatni Twój szturm - Rafale*.
Szliśmy z Tobą - twoja wierna gromada,
Twoja pierwsza kompania szturmowa,
Na Twój rozkaz do czynu gotowa.
Cień zza murów wnękami się skradał
i peemy błyskały zuchwale,
Tyś prowadził jak zawsze na przodzie - Rafale!

O, nie kryłeś się w chłopców szeregu,
Twoje miejsce było zawsze na czele,
Takich chwil przeszedłem z Tobą już wiele,
Byłeś wodzem i byłeś kolegą.
Duch Twój nadal do zwycięstw nas wiedzie - Rafale!

Ty nie byłeś z krwi i kości żołnierzem,
Nie kochałeś się w łunach i wrzawie.
W karabinie, peemie, bagnecie.
Byłeś jednym z tych nielicznych na świecie,
Którzy walczą, a serce im krwawi,
Że nie o to się biją, w co wierzą.

Ja bym kazał Ci wyjść z tych szeregów,
Żebyś przestał być świętym mordercą
Świętej sprawy - piekielnym sposobem.
Kazałbym Ci tylko być sobą:
Zamiast broni - do walki wziąć serce,
Twoje serce, jaśniejsze od śniegu!

Tysiąc szturmów Cię jeszcze czekało,
Całe życie zmagania i trudów,
Setki zwycięstw dla Polski i chwały,
Do tej walki Ci serce się rwało!
Rwało Ci się do walki wśród ludu.
Tak się rwało - Rafale, tak rwało!

Padłeś w szturmie! - tak było sądzone!
Może Bóg Cię dlatego powołał,
Boś za dobry był na to, by zostać,
Boś przebaczał, miast karać i chłostać!
Może Bogu trzeba było anioła,
Z Twoim sercem przy boskim tronie?

Smutno teraz - zostaliśmy sami,
Twoja wierna - ta pierwsza drużyna,
Twoja pierwsza kompania szturmowa.
Mamy w sercach Twe myśli i słowa.
Myśl o Tobie nam wciąż przypomina,
Że nie tylko się walczy kulami.

Pozdrów od nas, gdy będziesz już w niebie,
Przemka, Reka, Juranda, Tomicza,
tam jest prawie pół twoich chłopaków,
A my, reszta z 'Parasola' znaku
Będziem bić się - i póki nam życia
Zawsze będziem wspominali Ciebie.

* Rafał (Stanisław Leopold) kpr. pchor. dowódca I plutonu I kompanii "Parasola", Zginął 25 sierpnia 1944 r na Starym Mieście.


Podziel się
oceń
5
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

"Żołnierzu młody" - autor nieznany

piątek, 16 kwietnia 2010 21:50

Żołnierzu młody! Czy ty czujesz
ogień co piersi ci rozżarza-
Dziś duszę swoją na stal kujesz,
spłonie w tym ogniu siła wyższa

Żołnierzu młody! Czy ty widzisz
dymem spowite dachy domów,
to młodość nasza z wrogów szydzi,
to Polska wstaje pośród gromów

Żołnierzu młody! Czy ty słyszysz,
huki granatów, bomby, strzały,
to wszystko wre - na śmierć i życie,
to pierwsze dni na polu chwały

Żołnierzu młody! Czy rozumiesz,
co w walce naszej dziś się kryje.
Prawda jedyna, wielka, święta,
że Polska żyje, żyje, żyje!


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

"Manifest" - Mieczysław Ubysz

czwartek, 15 kwietnia 2010 23:27

 Skrwawiony mur podnieśmy

Nad głowy całego świata,

Niech rośnie Stolica Ducha

I nad zgarbione grzbiety

Jak Wiecznej Wolności Biuletyn

Gromem wybucha!

Wam, chleba przeżuwaczom,

Co dnie niżecie na niewoli sznurze,

Bez Jutra, w śmiertelnej trwodze,

Dniem jednym życie zagrodzę:

Warszawa wydała manifest

do wszystkich narodów świata!!!

Podnieśmy nad głowy milionów

Skrwawione mury i zgliszcza,

I tym, co jeszcze wątpią,

I tym, co już sił nie starczy,

Niech werbel bojowy zawarczy,

Niech Dzień w ich serca jak wystrzał

Uderzy!

- Powietrza! Więcej powietrza!

Precz z kęsem, gdy dnie zatrute! -

Podnieście dłonie okute

I bijcie w trumien wieka,

Niech zmartwychwstanie w płomieniach

Godność wolnego człowieka


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

"Prezentacja" - Krzysztof Kamil Baczyński

środa, 14 kwietnia 2010 22:51

"Prezentacja", ironiczny wierszyk, w którym Krzysztof napisał sam o sobie. Pierwszy raz drukiem ukazał się w 1967 roku w ksiażce "Żołnierz, poeta czasu kurz". Dedykowany był Jerzemu Andrzejewskiemu.

Jestem Symeon - pelikan,
urodziłem się pod znakiem Wodnika,
stąd mam skłonności do mętnej poezji,
do mistyki i paramnezji,
stąd nawet nie wiem, czy mam dwa dni,
czy rok, czy mi się tylko wszystko śni.
W ogóle:
cierpię na długiej mojej szyi bóle.
Czasami:
żywię się witaminą D i węglowodanami.
Mile:
rozmawia się tylko z Jerzym A. i z krokodylem.
Często:
byle g... jest już dla mnie klęską.
Zawsze:
(taka już moja uroda) krzywo na ludzi patrzę.
Proszę jeszcze, przyjm mnie dobrze sercem całym,
bo jestem bardzo nieśmiały

Symeon


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

"U niebios rozkwitających" - Krzysztof Kamil Baczyński

wtorek, 13 kwietnia 2010 21:45

Wiersz napisany przed ślubem a następnie umieszczony w tomiku Wiosna 1942, który Krzysztof ofiarował swej ukochanej Basi na zakończenie miodowego miesiąca. Podobny tomik "Wiosna 1942" również był dedykowany matce. Krzysztof starał się równo obdarowywać owocami swego talentu bliskie mu kobiety. Zakochał się i ożenił z dziewczyną, której jego matka nigdy nie zaakceptowała. Między Basią i teściową odbywała się walka o Krzysia. Basia skarżyła się nie raz na stosunek teściowej do jej osoby, aż w końcu pani Stefania, nie chcąc rozbicia małżeństwa syna, przeprowadziła się do Anina.

Młody dąb jak woda w górę
tryska. Ptaków jasne koła.
Dotykalna dłoń anioła
dzieli chmurę.

Wąski strumień, wąż roślinny,
ziemię jeszcze raz obejmie,
czas jak obraz z nieba zdejmie,
taki płynny.

Dzbany mleka - ciała żywe
jakże krzepko łączy w owoc
strop wysoki ponad głową,
chóry lasów tkliwe.

Dana ci ta glina giętka,
oczy z ognia i rozumne
i jak pług dzieląca ręka;
posąg sczynisz nią czy trumnę?

W blasku cały postawiony,
nim rozróżnisz blask wszechrzeczy,
z mdłego ciała cię uleczy
nienawistny, przesądzony.

A mieć ciało, duszę jako
słup żelaza - to nie znaczy
przejść jak po szkle - po rozpaczy,
ale niebo unieść ptakom,

ale dom unosić w górę:
mrówczy dom i ludzki kościół,
nazwać wreszcie czas miłością,
dosiąść chmurę.

Wtedyś ziemi pobratany,
kiedy trud największy wzniesiesz,
gdy choć jedno drzewo w lesie
nie odcięte, zbudowane.

Jakąż w ptaków czas, na gody
szatę włożyć? może z gwiazdy?
jakiż uśmiech, a przyjazny?
czapkę chyba z drzew i wody?

A my mali tacy, dumni
u tych niebios pełnych liści,
u tych świateł. W nienawiści
na cokole smutnej trumny.

A my tacy we krwi cali,
wciąż bez wstydu - boskie dzieci.
O, niech anioł nie uleci,
nimśmy jeszcze tacy mali.


Basia Baczyńska z Drapczyńskich


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


wtorek, 22 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  283 897  

Pamiętamy...

Zawitało gości: 283897
Poezja powstańcza
  • liczba: 457
  • komentarze: 625
Ranni Różą
  • liczba zdjęć: 76
  • komentarze: 14
Bloog istnieje od: 2801 dni
Osób online:

Wizytówka


Lacrima Noctis

W świecie poezji czuję się jak ryba w wodzie. Specjalizuję się w średniowiecznej literaturze francuskiej i włoskiej. Pracuję jako tłumacz języka włoskiego. Bliska memu sercu jest poezja okresu okupacji (zwłaszcza powstańcza). Oddaję w wasze ręce bloga, gdzie znajdziecie wiele chwytających za serce wierszy będących dowodem nie tylko literackiego kunsztu, ale również bohaterskiego oddania ojczyźnie. Pozdrawiam PS: Wszelkie pytania, prośby czy uwagi odnośnie strony proszę wysyłać na adres: zeraphine@vp.pl

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Uwaga!

Wszelkie pytania, prośby czy uwagi odnośnie strony proszę wysyłać na adres: zeraphine@vp.pl

PS: Moja strona nie wspiera żadnego ugrupowania politycznego!

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  
Teksty i informacje na stronie zostały zaczerpnięte m.in. z...
"Warszawa Baczyńskiego" W. Budzyński, "Testament Krzysztofa Kamila” W. Budzyński, "Taniec z Baczyńskim” W. Budzyński, "Miłość i śmierć Krzysztofa Kamila" W. Budzyński, "Ranni różą: Poeci walczącej Warszawy" Antologia, "Sylwetki polskich pisarzy współczesnych" L.Bartelski, "Pieśń niepodległa. Pisarze i wydarzenia 1939-1942" L.Bartelski, "Ojczyzna z drżącego płomienia" T. Gajcy, "Pamiętniki żołnierzy baonu "Zośka": Powstanie Warszawskie" praca zbiorowa, "Pamiętnik z powstania warszawskiego" M.Białoszewski, "Warszawski pierścień śmierci 1939-1944" Władysław Bartoszewski, "Poezja Polski walczącej" Jan Szczawiej

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Powstanie Warszawskie oraz poezja poetów tamtego okresu (i nie tylko): K.K. Baczyński, T.Gajcy, M.Białoszewski, W.Bojarski, K.Krahelska, W.Mencel, Z.Stroiński, A.Trzebiński i inni...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Polecam...

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl